dość już pstrokatości na stronie. pora wkroczyć w kolejny etap walki z wyjaławiającym obrazem. ktoś musi być wyławiającym słowo a zarazem tym niosącym treść, a nie li tylko formę. nastały teraz ciężkie czasy i tak długo trza będzie biadolić i utyskiwać, aż coś drgnie i ulegnie jakiejkolwiek zmianie. bo jak nie tęsknić do formy bardziej pojemnej, która nie byłaby zanadto poezją, ani zanadto prozą... tylko do takiej tęsknoty trzeba co noc stawiać miseczki z kolorami, i udławić się szwedzkim dynamitem mając lat dziewięćdziesiąt trzy. w międzyczasie nic innego nie robić jak tylko mleć ozorem, przeżuwać cudze myśli, trawić i wydalać jako swoje. zacnie zdobyć się na coś oryginalnego, twórczego nawet... tylko jaki to ma sens... ze słowem robi się to co z mięsem – kupuje, ćwiartuje, zapładnia, aż w końcu zabija i grzebie. gorycz dosięga, gdy to co tutaj – teraz toczy się i nabiera rozpędu jak kula śnieżna może być jedynie pustosłowiem, co wiosną łatwo przecieka przez palce i ginie w licznych kałużach. stypa nie będzie huczna, a na sam pochówek przybędą nieliczni, limit hiper-pogrzebów na które ciągną pielgrzymki w tym stuleciu został wyczerpany. trzeba powołać więc jakiś specjalny organ (nie obawiajcie się), nie komisję – zakon raczej. zakon obrońców słowa. na sztandarach wyhaftujemy łacińską sentencje „verbum restitutum” y będzie to nasz cel y będzie nam uświęcał środki. książki poddamy selekcji – wrzucimy do ogromnego zbiornika z wodą te pełne pustych słów jak szumowiny zgromadzą się na wierzchu. naszym zadaniem będzie nurkowanie co raz głębiej aż staniemy się rasowymi poławiaczami pereł. z założenia będziemy organizacją ortodoksyjną, hierarchiczną i tajną. stworzymy coś na kształt masonerii słowa – „wolnosłownictwo” cyrkiel i kielnię przetopimy na pióro i kałamarz. stawimy czoła najśmielszym wyzwaniom. a wyzwań będziemy mieli dość...
post scriptum
– primo: tak nam dopomóż karakuliambro
– secundo: kto z nami, kto przeciw nam?